There are nine million bicycles in Beijing

I co z tego? Pan Czerski pisze między innymi:

[…] olimpiada w pekinie to jak przyjęcie komunijne w kiepskim burdelu, z szambem wybijającym w łazience. nie ma szans, żeby się nie pobrudzić […] 57% respondentów uważa, że nie ma powodu do bojkotu igrzysk. chuj z nimi.


I nie sposób się z nim nie zgodzić.

Deszczowa pogoda skłania

Więc każda myśl zaczyna się od czegoś na mentalny kształt newtonowskiego jabłka. Szedłem sobie piechotą z osiedla Kolorowego (które jest raczej definicją braku kolorów) w towarzystwie padającego deszczu. Dochodziłem do przystanku na rondzie Kocmyrzowskim, ale oczywiście zobaczyłem już tylko tył tramwaju. Gdyby było ładnie to pewnie tramwaj by zaczekał, a tak pełny murphy – leje – uciekł.

Na przystanku został tylko starszy pan. Za chwilę przyjechały pod rząd dwa tramwaje jadące w nieco innym kierunku. I tu, po przydługim wstępie pojawia się wreszcie zdumienie. Starszy pan do nich nie wsiadł. A z tego przystanku odjeżdżają tramwaje tylko w dwa kierunki. Kiedy przyjechało coś wreszcie “do mnie” on dalej stał. Zawsze zastanawiam się czy ja też kiedyś zostanę na jakimś przystanku i będę czekał w deszczu, patrząc na spadające krople. Granica dzieląca nas od utraty zdrowego rozsądku jest naprawdę cienka, szaleństwo – zwłaszcza takie niewinne – jest o krok. Co się musi wydarzyć? Bezrobocie? Śmierć kogoś bliskiego? A może przewrotnie – coś banalnego, rano zimna nomen omen woda w kranie przepełniła czarę goryczy?

“[…] Ty, jeśli czekasz jakichś morałów, / nie czekaj dłużej. Czasu jest mało. // Bądź dobry. Kochaj. Starzej się z wdziękiem. / Zamki są słabe. Szyby są cienkie.” (Jacek Dehnel, “Przyjęcie”)

Skutki przeprowadzki na niewielką odległość

Wracam do pracy. Po wycieńczającej przeprowadzce, chorobach itp wreszcie siedzę sobie w pracy. W domu mam nareszcie dostęp od internetu. Więc że tak powiem odżywam on-line. Czasu nadal nie mam, ale jak się w pracy odrobię to straty nadrobię.

W domu chodzimy ścieżkami między pudłami, i zastanawiamy się czy kiedyś znajdziemy czas aby to uprzątnąć. Majka bawi się wyrywaniem okładek z moich pierwszych wydań Zajdla. Nie mamy jak słuchać muzyki bo nie znalazłem czasu na podpięcie sprzętu. Dobrze że w autobusie towarzyszy mi wierny Zen.

Aby się nie nudzić w drogach do pracy wziąłem pierwszą lepszą książkę z poniewierających się po podłodze – Adams – “W zasadzie niegroźna”. Jakoś jej lektura mnie dołuje – za pierwszym razem zdaje się też tak było. W uszach ciągle Radiohead – “Hail to the Thief” i “In Rainbows”.